20.03.2026

Halucynacje AI w edukacji

Rozwój sztucznej inteligencji w edukacji nie tylko zwiększa dostęp do informacji, ale również wprowadza nowe ryzyko epistemologiczne: halucynacje AI, czyli generowanie treści pozornie wiarygodnych, lecz niezakorzenionych w rzeczywistości. Artykuł analizuje to zjawisko w perspektywie Evidence-Based Management (EBMnt), wskazując, że problem ten nie jest wyłącznie technologiczny, lecz metodologiczny i decyzyjny. W szczególności zestawiono halucynacje AI z klasycznymi błędami naukowymi, takimi jak HARKing i p-hacking, pokazując, że wszystkie te zjawiska prowadzą do produkcji „dowodów pozornych”. W konsekwencji konieczna staje się redefinicja pojęcia dowodu oraz przesunięcie w kierunku zarządzania wiarygodnością informacji.

Wiarygodność

Edukacja przez długi czas operowała w warunkach niedoboru informacji. Kompetencją kluczową było jej wyszukiwanie i przyswajanie. Wraz z pojawieniem się narzędzi AI sytuacja uległa radykalnej zmianie — informacja stała się natychmiast dostępna, spersonalizowana i językowo dopracowana. Jednak to przesunięcie ujawniło nowy problem: nie brak wiedzy, lecz jej nadmiar w formie trudnej do odróżnienia od wiedzy rzetelnej. Halucynacje AI są tutaj symptomem głębszej zmiany — przejścia od problemu dostępności informacji do problemu jej wiarygodności.

Z perspektywy Evidence-Based Management szczególnie istotne jest to, że źródło informacji zaczyna symulować dowód. Odpowiedź generowana przez AI może spełniać wszystkie powierzchowne kryteria poprawności, jednocześnie nie posiadając empirycznego zakorzenienia.

Zjawisko epistemologiczne czy li tylko techniczne?

W praktyce edukacyjnej halucynacje AI ujawniają się w różnych formach: od subtelnych przesunięć znaczeń, przez błędne interpretacje, aż po całkowicie fikcyjne źródła. Jednak ich wspólną cechą nie jest fałsz sam w sobie, lecz jego wiarygodna forma. To właśnie ta forma stanowi kluczowy problem. Halucynacje AI są „pełne”, „dopowiedziane”, „przekonujące” — imitują strukturę wiedzy, a nie jej źródła. Z perspektywy EBMnt oznacza to konieczność przesunięcia: z oceny treści na ocenę procesu jej powstawania.

Takie podejście jest szczególnie istotne w obszarach wymagających specjalistycznych kompetencji — jak edukacja zdalna, rachunkowość, coaching czy rzemiosło — gdzie pozorna poprawność może prowadzić do realnych błędów decyzyjnych. W tych dziedzinach wiedza nie jest jedynie informacją, lecz podstawą działania, co czyni problem halucynacji szczególnie istotnym.

Halucynacje AI często traktowane są jako niedoskonałość technologii. Jednak ich istota jest głębiej zakorzeniona — przypominają znane z nauki błędy metodologiczne. Szczególnie istotne są tu dwa zjawiska:

  • HARKing (Hypothesizing After the Results are Known) polega na formułowaniu hipotez dopiero po uzyskaniu wyników, a następnie przedstawianiu ich jako wcześniejszych założeń badawczych.
  • p-hacking polega na manipulowaniu analizą danych (np. selekcją zmiennych lub prób), aby uzyskać statystycznie istotny wynik.

Na poziomie strukturalnym halucynacje AI działają analogicznie:

  • wynik (odpowiedź) jest generowany jako pierwszy,
  • uzasadnienie jest „dopisywane” wtórnie,
  • całość prezentowana jest jako spójny, racjonalny proces.

Powstaje w ten sposób iluzja dowodu, która nie wynika ani z danych, ani z metodologii, lecz z dopasowania do oczekiwań odbiorcy.

Ta logika ma dziś istotne znaczenie także w edukacji i zarządzaniu. W świecie nasyconym treściami generowanymi przez AI nie wystarczy zwiększać dostępu do informacji. Trzeba projektować środowisko poznawcze tak, aby wspierało selekcję, weryfikację i ocenę wiarygodności. Innymi słowy: nie chodzi o to, by widzieć więcej, lecz by trafniej rozpoznawać, co rzeczywiście ma znaczenie.

Wiedza (widźmy i wiedźmini) czy czary (czarownice i czarownicy)?

Evidence-Based Management zakłada integrację wielu źródeł dowodów. W klasycznym ujęciu głównym problemem była ich ograniczona dostępność lub zróżnicowana jakość. Współcześnie sytuacja ulega odwróceniu — wyzwaniem przestaje być brak informacji, a staje się nim ich nadprodukcja, w której coraz trudniej odróżnić wiedzę od jej symulacji. Halucynacje AI, podobnie jak znane z metodologii naukowej zjawiska HARKing i p-hacking, prowadzą do powstawania tego, co można określić jako dowody pozorne. Są to konstrukty, które przyjmują formę argumentu, posługują się językiem nauki i wpisują się w oczekiwania poznawcze odbiorcy, lecz nie posiadają rzeczywistego zakorzenienia w danych empirycznych. Ich siła nie wynika z prawdziwości, lecz z wiarygodnej formy.

W tym kontekście sztuczna inteligencja przestaje być źródłem wiedzy w klasycznym sensie. Staje się raczej generatorem możliwych narracji — hipotez językowych, które dopiero wymagają konfrontacji z badaniami naukowymi, danymi operacyjnymi, doświadczeniem praktycznym oraz wartościami interesariuszy. To właśnie ta integracja stanowi rdzeń Evidence-Based Management i jednocześnie podstawowy mechanizm obrony przed pozorną wiedzą.

Można powiedzieć, że współczesne zarządzanie wiedzą zaczyna przypominać wybór między dwoma porządkami: wiedzą rozumianą jako proces dochodzenia do prawdy oraz „czarami”, które tworzą jej przekonującą iluzję. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z wysiłkiem weryfikacji, niepewnością i metodologiczną dyscypliną — z postawą bliższą „wiedźmom i wiedźminom”, którzy rozumieją naturę zjawisk, nawet jeśli nie są one w pełni uchwytne. W drugim pojawia się pokusa szybkiego efektu — „czarownic i czarowników”, dla których liczy się rezultat, niezależnie od jego epistemicznej podstawy. Halucynacje AI sytuują się niebezpiecznie blisko tego drugiego porządku. 

Produkują odpowiedzi, które działają — są spójne, przekonujące i użyteczne — ale niekoniecznie są prawdziwe. 

W efekcie dochodzi do przesunięcia, w którym decyzje mogą być podejmowane nie na podstawie dowodów, lecz na podstawie ich symulacji.

Z perspektywy praktyki zarządzania i dydaktyki oznacza to konieczność redefinicji relacji między danymi, interpretacją a decyzją. Szczególnie w środowisku cyfrowym łatwo dochodzi do sytuacji, w której narzędzie zaczyna zastępować proces poznawczy, a nie go wspierać. Doświadczenie pracy na styku przedsiębiorczości, edukacji i badań pokazuje, że technologia — choć niezwykle użyteczna — wymaga równoważenia przez rygor metodologiczny. W tym sensie nie wystarczy już zarządzać informacją. Konieczne staje się zarządzanie jej wiarygodnością.

Ostatecznie więc pytanie nie brzmi, czy korzystać z AI, lecz w jakim porządku epistemologicznym chcemy funkcjonować: czy w świecie wiedzy, która wymaga sprawdzania, czy w świecie czarów, które jedynie ją imitują.

Alex Andrews | pexels.com

Halucynacje jako test poznawczy

Zamiast traktować halucynacje AI wyłącznie jako zagrożenie, można je rozumieć jako narzędzie diagnostyczne. Ujawniają one bowiem nie tyle błędy samej technologii, ile słabości systemu edukacyjnego i decyzyjnego, w którym funkcjonują. W kontakcie z treściami generowanymi przez AI szybko okazuje się, czy użytkownik potrafi odróżnić informację od dowodu, czy rozumie proces powstawania wiedzy oraz czy jest w stanie rozpoznać błędy metodologiczne — zarówno te wynikające z ludzkich uproszczeń, jak i te generowane algorytmicznie. W tym sensie halucynacje AI pełnią funkcję swoistego „testu obciążeniowego” dla Evidence-Based Management. System, który rzeczywiście opiera się na integracji dowodów, zachowuje odporność; system, który jedynie deklaruje taką orientację, ulega iluzji wiarygodności.

Halucynacje AI, podobnie jak HARKing i p-hacking, mają wspólny mianownik: produkują obrazy rzeczywistości, które są przekonujące, lecz epistemicznie wątłe. Choć różnią się mechanizmem powstawania — od algorytmicznej predykcji po selektywną interpretację danych — prowadzą do tego samego rezultatu: erozji jakości decyzji. W konsekwencji zasadnicze przesunięcie nie dotyczy już samej technologii, lecz sposobu myślenia o wiedzy i jej roli w działaniu. Kluczowe staje się przejście od zarządzania informacją, rozumianego jako gromadzenie i przetwarzanie danych, do zarządzania wiarygodnością informacji, które zakłada ich nieustanną weryfikację i konfrontację z różnymi źródłami.

W świecie nasyconym treściami generowanymi przez AI Evidence-Based Management przestaje być jedną z wielu możliwych metod. Staje się warunkiem sensowności decyzji. Bez niego rośnie ryzyko działania w oparciu o to, co jedynie przypomina dowód, lecz nim nie jest. Ostatecznie więc problem nie sprowadza się do pytania, czy AI się myli, lecz do pytania znacznie bardziej wymagającego: czy system, w którym funkcjonujemy — edukacyjny, organizacyjny czy poznawczy — potrafi te błędy rozpoznać, zrozumieć i skorygować.

Źródło: M. Jabłoński, A. Jabłoński, P. Janulek, D. Dulęba, M. Glenszczyk,
TRAKTAT o zasadach zarządzania dowodowego – przyszłość zarządzania 2025, CeDeWu, s. 190.

26.01.2026

Dominująca zmienna decyzyjna

W każdej poważnej decyzji istnieje pokusa, by zapytać o wszystko naraz. Czy interwencja działa? Czy jest opłacalna? Czy zostanie zaakceptowana? Czy jest zgodna z kulturą organizacyjną? Pytanie rozrasta się, puchnie, obejmuje kolejne wątki — aż przestaje być pytaniem, a staje się opisem niepokoju decydenta. W tym miejscu potrzebne jest pojęcie porządkujące: dominująca zmienna decyzyjna. 

Dominująca zmienna decyzyjna to ta kategoria rezultatu, która w danym procesie stanowi główne kryterium rozstrzygnięcia. Nie jest to jedyna zmienna brana pod uwagę, lecz ta, która organizuje strukturę pytania i wyznacza klasę podstawowych dowodów. To ona decyduje, czy analizujemy przede wszystkim skuteczność, mechanizm działania, opłacalność ekonomiczną czy akceptowalność społeczną rozwiązania. Bez jej wyraźnego wskazania proces dowodowy traci orientację epistemiczną.

W klasycznej EBM hierarchia dowodów była przez lata stabilna, ponieważ dominującą zmienną była najczęściej skuteczność kliniczna interwencji. W zarządzaniu sytuacja jest bardziej złożona: raz kluczowa jest efektywność operacyjna, innym razem redukcja ryzyka, jeszcze innym — trwałość zmiany kulturowej. Hierarchia dowodów nie może być zatem stała; rekonfiguruje się wokół dominującej zmiennej. To ona decyduje, czy większą wagę przypiszemy badaniom porównawczym, analizom jakościowym, modelom ekonomicznym czy danym systemowym. Brak identyfikacji dominującej zmiennej prowadzi do hybrydyzacji pytania i mieszania klas danych. Decydent zaczyna równocześnie oceniać skuteczność, koszty i preferencje interesariuszy, nie rozróżniając, która z tych kategorii ma charakter nadrzędny. W rezultacie powstaje syntetyczna narracja, lecz nie uporządkowana analiza. Dowody nie są ważone według adekwatności do celu, lecz według siły retorycznej.

Pytanie bez hierarchii zmiennych nie prowadzi do wiedzy, lecz do narracji

Dominująca zmienna decyzyjna pełni więc funkcję kompasu metodologicznego. Wskazuje, jaki typ danych ma pierwszeństwo, jakie narzędzia oceny jakości zastosować i według jakiego kryterium budować rekomendację. Pozostałe zmienne — koszt, wykonalność, akceptowalność — pozostają istotne, lecz mają charakter wspierający i są integrowane dopiero na etapie translacji w modelu Evidence-to-Decision. W praktyce oznacza to jedno: zanim rozpoczniemy wyszukiwanie dowodów, należy odpowiedzieć na pytanie, co w tej decyzji jest rzeczywiście rozstrzygające. Nie wszystko może być nadrzędne jednocześnie. Metodologiczna dyscyplina polega na przyjęciu tej hierarchii świadomie, jawnie i z uzasadnieniem. Dominująca zmienna decyzyjna nie upraszcza rzeczywistości — ona nadaje jej strukturę, bez której zarządzanie dowodowe przekształca się w uporządkowaną, lecz epistemicznie niespójną narrację.